Nowy cykl: przybyć, przeżyć, zapamiętać.

Dodano 20 stycznia 2014, w Bez kategorii, przez autor

W ramach ciekawostki dla Czytelników, a sobie ku motywacji, będę umieszczać informacje o wydarzeniach, których chciałabym kiedyś zostać bezpośrednim świadkiem.
Dziś noworocznie:

http://www.businessinsider.com/ancient-pagan-celebration-in-macedonia-2014-1

Nie wierzę!

Dodano 23 grudnia 2013, w Bez kategorii, przez autor

Tak naprawdę w głębi serca w nic tak do końca nie wierzę, ale w to, że odzyskam tego bloga to już zupełnie nie wierzyłam. A jednak się udało. Napisałam rozdzierającego maila do blog.pl, że nie pamiętam ani hasła, ani loginu, ani maila przypisanego do konta, generalnie nie mam żadnego dowodu na to, że należy mi się dostęp do keira.blog.pl, ale mi się należy. I pomogli.
Główny powód, dla którego pragnęłam odzyskać bloga, jest ten sam od wielu lat – cierpię na myśl o tym, że mogłaby tu założyć pamiętniczek nastoletnia psychofanka Keiry aktorki. To się nie godzi i przed taką ewentualnością muszę się zabezpieczyć.

To było tytułem wstępu. A teraz jak gdyby nigdy nic, zacznę pisać o pogodzie. Otóż pojutrze wigilia, a śniegu za oknem brak i dziś – a było już popołudnie – na warszawskiej Ochocie było 8 stopni Celsjusza.
Zawsze na jesieni marzę o tym, że może w tym roku się uda, że może zima mnie ominie, wyjątkowo w tym roku jej nie będzie… no i póki co taki jest ten rok. Już cały grudzień został podarowany, każdy dzień cenny. Zimowy płaszcz i buty wciąż w szafie.

Kiedyś miałam wielu czytelników, stałych i z doskoku, zaglądających regularnie na bloga. Teraz piszę sobie a Muzom… ale gdyby jednak zainteresował się ktoś co tam u mnie…
Te nieszczęsne studia, które doprowadziły mnie w poprzedniej notce do takiej rozpaczy, już niemal kończę. Ta sesja zimowa będzie ostatnią, rozdanie dyplomów w maju, ale oficjalne prawo do wykonywania zawodu będę mieć pewnie już jakoś w marcu. W związku z tym miewam regularnie napady paniki, że to już, zaraz koniec i praca, a ja przecież nic nie wiem. Wizje absolutnego falstartu kariery zawodowej, żenującej porażki są bardzo plastyczne, widzę moje medyczne autorytety kręcące z niesmakiem głowami i komentujące między sobą „No porwała się dziewczyna trochę z motyką na słońce… No tak to jest jak są dobre chęci, ale zabraknie wiedzy, doświadczenia…”. No bo się trochę w sumie z tą motyką na Słońce porywam. Między atakami paniki spływa zaś na mnie jakiś dziwny spokój, przekonanie, że dzięki ogromnemu wysiłkowi własnemu jestem tak naprawdę o wiele lepiej przygotowana do rozpoczęcia tej pracy niż przeciętny absolwent. Czasami jestem świadkiem drobnych wydarzeń, słów rzuconych tu i tam, po których widzę że ewidentnie tak jest. I te chwile wewnętrznego spokoju chcę zatrzymać w sobie, ale uciekają.
Wybrałam sobie nieświadomie cholernie trudny zawód, taki, w którym nigdy nie przyjdzie rutyna i nigdy niczego się nie przewidzi na pewno i gdzie zawsze, choćby nie wiem jak się starać, będą ludzie którzy będą mieli do mnie słuszne lub niesłuszne pretensje. Ja, ja, która najbardziej cenię sobie w życiu święty spokój i żeby nie musieć się nikomu z niczego tłumaczyć, ja wpakowałam się na własne życzenie w coś takiego. I jeszcze się z tego cieszę.

Ze względu na końcówkę studiów, składającą się głównie ze staży, mam nadal mało czasu, ale za to mniej nauki, więc trochę więcej miejsca w głowie, umysł spokojniejszy. I dociera do mnie, że przespałam pięć lat z życia. Naprawdę, czuję się jakbym powstała po pięcioletniej hibernacji, rozglądnęła się wokoło i oczekiwała, że świat na mnie te pięć lat poczekał. Otóż nie poczekał.
Widzę, gdzie zaszli pracowici ambitni ludzie, których znałam w Krakowie pięć lat temu. Dziewczyna, z którą zaczynałam tańczyć brzuchem, dziś wygrywa prestiżowe światowe nagrody. Inne mają własne szkoły tańca. Początkujące kiedyś wizażystki dziś przebierają w ambitnych zleceniach, no i jest jeszcze Draki, której nie trzeba przedstawiać. Trudno też zliczyć dzieci, które przez ten czas znajomi zdążyli powołać na świat, rozpoczęte kariery zawodowe, emigracje zakończone awansem społecznym niczym american dream.
Wiem, że przez te pięć lat sama wykonałam tytaniczną pracę umysłową, nie tylko w dziedzinie weterynarii, nie próżnowałam, ale… Przez te niemal sześć lat właściwie w ogóle nie poznałam tego miasta, nie chodziłam do galerii, muzeów, teatrów, na spacery, praktycznie nie poznawałam ludzi, sporadycznie zaglądałam do jakiegoś parku. Co jakiś czas udało mi się obejrzeć niezły film, a czasem nawet przeczytać nieweterynaryjną książkę i to już było wielkim osiągnięciem. Nie skorzystałam w ogóle z przebogatej oferty Warszawy, spędziłam ten czas na uczelni i w domu, koniec. Co ciekawe, gdy tylko zjawiam się w Krakowie zaczyna mnie „nosić” i pragnę gdzieś się wybrać by odchamieć, zainspirować się. W Warszawie tego nie ma, tak samo jak mam tu wielki problem by się zmusić do jakiejś twórczej pracy, coś napisać – w Krakowie to przychodzi samo. Dlaczego?

Obrazek wstawiony w ramach eksperymentu.

Otagowane:  

Dear Monday…

Dodano 19 lutego 2012, w Bez kategorii, przez autor

Nie wiem skąd mi się uroiło, że mam dwa tygodnie ferii międzysemestralnych. Już tyle lat studiuję i wydawało mi się, że zawsze to były dwa tygodnie…
Nie wiem, nie kumam nic z tego, zarobiona jestem, ale jednak, tak czy owak dowiedziałam się w sobotę, że w poniedziałek na zajęcia.
Byłam pewna, że zdążę i wypocząć i się pouczyć do poprawek, tymczasem ani jednego ani drugiego nie zdążyłam. W poniedziałek zajęcia cały dzień, ciężkie, a później plan zajęć ani trochę lżejszy. Nie mogę na ten plan zajęć patrzeć, a co dopiero na zajęcia iść, nie mogę patrzeć na notatki z rozrodu, rzygać mi się chce jak próbuję je czytać, mam dość tych studiów, jestem przemęczona, mam dość patrzenia na prowadzących, w dodatku cały ten semestr będzie o koniach, a to już mnie w ogóle nie interesuje, mam gdzieś konie, mam gdzieś całą tę weterynarię, po studiach jak nie zejdę z nerwów i je skończę, to pójdę pracować w urzędzie, mam dość tego że powinnam umieć a nie umiem, że to czwarty rok a ja jeszcze nie wiem, nie umiem, a powinnam, że to że tamto że sramto, że bez przerwy coś powinnam umieć na wczoraj, że wszyscy prowadzący mają nas w dupie, że uważają że jesteśmy tępi i nic nie umiemy, że nic nie pamiętam z cholernej farmakologii nawet durnych nazw leków, nie obchodzi mnie synchronizacja rui krowy, nienawidzę rozrodu, nienawidzę w sumie wszystkich możliwych przedmiotów, jakkolwiek na pierwszym semestrze jeszcze było coś ciekawego to teraz tylko te cholerne konie, nic do nich nie mam, niech se brykają na padoku, ale nie chcę nic o nich wiedzieć, mam gdzieś ich kolki i porody a już nade wszystko mam gdzieś ich ruję, jedyny przedmiot który choć trochę ciekawie brzmi to weterynaria sądowa, ale pewnie i tak okaże się że to gniot, prędzej czy później to wszystko okazuje się nieznośnym gniotem, który trzeba zakuwać a potem ja i tak nic z tego nie pamiętam, a i jeszcze rzeźnie, przez cały semestr wyjazdy do cholernych rzeźni, a to są złe miejsca, gorsze niż ktokolwiek sobie wyobraża i raz w życiu wystarczyłby mi naprawdę by zapamiętać jak to wygląda, ale nie, teraz będę tam co tydzień, tłuc się samochodem do jakichś zapadłych wioch, żeby tam być i pewnie znowu będzie użeranie się z tym jeżdżeniem, bo nie będzie miejsc w samochodach i w ogóle, a w ogóle to ciekawe kiedy ja się teraz nauczę na te wszystkie poprawki w które się wpakowałam jak mam codziennie albo zajęcia z koni cały dzień, albo urocze wycieczki do rzeźni albo inne atrakcje, mam dość, mam totalny przesyt, jestem przemęczona, cztery lata studiowania tego i mam totalny kryzys, marzę o dziekance, po prostu marzę o tym żeby wziąć urlop i przez długie miesiące nie widzieć na oczy tych wszystkich prowadzących, ale nie mogę, no nie mogę i już, więc będę się kisić i kisić w tym aż przemęczę te cholerne egzaminy, mój mózg będzie się rozpływał i bulgotał ale w końcu się może uda i co z tego, jak pewnie wszystko zapomnę bo to wyprę jako coś przykrego, tak działa psyche że wypiera jak to choć trochę nie interesuje, choć trochę nie cieszy, mam ochotę wszystkim pieprznąć ale nie mogę, no kryzys, kryzys, byle do wakacji, które spędzę – no gdzie, gdzie – pewnie na jakichś praktykach żeby cokolwiek po tych studiach kumać z tej roboty, bo na razie tłukę tę wiedzę cztery lata i się męczę, traktuję to jak sport, wyzwanie, albo krzyż do niesienia, byle przetrwać, a gdzie pasja, gdzie ciekawość, gdzie satysfakcja, gdzie ambicje, były ale gdzieś się rozmyły, gdzie misja pomagania zwierzątkom to już zupełnie nie wiem, nie pamiętam co to jest, nauka mi idzie źle, opornie mimo że przecież zdolna jestem, a może byłam, ale jak nie ma tej pasji i do notatek się z obrzydzeniem podchodzi to jak ma iść dobrze, wszystko się da wkuć, pewnie, dajcie mi limit czasu i materiał i ja wykuję tylko pytanie czy o to chodzi, bo chyba jednak nie, ale co tam, idę kuć cholerny rozród, cholerne hormony, ruje sruje i pewnie zakaźnych też nie zdałam, więc to też a no i jeszcze kleszcze i farmakologię małych zwierząt o której w ogóle nie chcę myśleć najchętniej zamknęłabym oczy i obudziła się w świecie w którym jej nie ma, co za piękny świat, a w ogóle to za kilka godzin zajęcia, z chorób zakaźnych oczywiście koni, a potem już tylko gorzej więc kończę te smęty i spróbuję usiąść, patrzeć na zegarek i delektować się każdą sekundą ferii.

Otagowane:  

Przeuczenie

Dodano 13 lutego 2012, w Bez kategorii, przez autor

Jeśli uczę się cały dzień (no dobra, większość czasu przez osmozę, ale jednak) to wieczorem mój mózg zaczyna zupełnie odmawiać współpracy. I na przykład kiedy Ch. kichnie, mówię mu „Na głowie!”. Lub też zbierając się powoli do mycia pytam go: „Zaparzysz mi śledzionę przed snem?”. Na szczęście wie, że chodzi mi o melisę, w przeciwnym razie mogłoby to się źle skończyć…

Otagowane:  

Poimbolcowo

Dodano 12 lutego 2012, w Bez kategorii, przez autor

Straszne słowo z tego wyszło :D

W lesie czuć że już po Imbolc, niebo jakieś bardziej niebieskie, słońce ostre, ptaki jakby głośniejsze…

Spotkałam sójkę, siedziała na drzewie na wysokości wzroku i w ogóle nie uciekała. Podeszłam naprawdę blisko, prawie mogłabym jej dotknąć, a ona nie uciekała, tylko obserwowała mnie czujnie. Może chora?

Choruje mi kot, Tytus, staruszek już czternastoletni. Prócz czającego się z boku jakiegoś mięsaka i niewydolnych nerek nabawił się kataru. Leczenie wymaga między innymi kroplówek, a Tytus strasznie je przeżywa, zachowuje się jakby czuł potworny ból. Mimo że to sól fizjologiczna podskórnie, żadne cuda, nie powinno nic boleć. Nie wiem czy ma jakąś przeczulicę, czy histeryzuje, ale serce mi się kraje kiedy mam mu to podawać. Staruszek dość się już w życiu nacierpiał, żeby go jeszcze własna pancia miała tak dręczyć. Na szczęście wybacza mi.

Otagowane:  

.

Dodano 8 lutego 2012, w Bez kategorii, przez autor

No i jak widać decyzja o zmianie bloga na wordpressowego nie była dobra. Chimek pocieszał mnie że zrobi mi fajny szablon w tym wordpressie, dopóki nie odkryliśmy, że nie da się nic modyfikować, robić własnych szablonów ani wklejać gotowych z sieci. Użytkowniku, masz tu garść brzydkich szablonów, wybierz sobie któryś i raduj się, bo zobacz jak masz super.
Pojawiła się pokusa wyniesienia się na innego bloga, ale po namyśle uznałam, że jednak ten stary adres, treść i wszystko jest ważniejsze dla mnie niż wygląd bloga. Póki co dodałam obrazek na górze, bo tyle się da.

Widziałam dziś ogromną sowę w lesie, sądzę że mógł to być puchacz. Leciała cicho jak duch, jak jakaś nierealna zjawa. W środku dnia, może coś ją spłoszyło.

Tracę kilka godzin dziennie na prokrastynowanie nauki. Polega to na tym, że siedzę obłożona notatkami, na kompie mam pootwierane dokumenty z nauką i robię wszystko byle tylko tego nie czytać. Ale z drugiej strony wyrzuty sumienia nie pozwalają mi zająć się czymś pożytecznym jak sprzątanie chociażby. Więc nie wynika z tego nic. Co najlepsze jest takie spędzanie czasu bardzo męczące, po kilku godzinach mam dość i zasypiam.

A teraz spróbuję w ramach eksperymentu dodać obrazek:

Ciekawe co trzeba zrobić, żeby nie wyświetlała się beznadziejna reklama na górze, pewnie zapłacić tysiąc dwieście osiemdziesiąt cztery złote rocznie.

Otagowane:  

Czyżby w końcu reaktywacja bloga?

Dodano 6 lutego 2012, w Bez kategorii, przez autor

Blog.pl kusi zmianami w wyglądzie, szablonie, podobno będzie się dało łatwo dodawać zdjęcia. Chyba ulegnę pokusie i zaryzykuję. Mam nadzieję że będzie się dało jakoś spersonalizować szablon.
Mam ostatnio potrzebę prowadzenia blożka, pewnie znów nie potrwa to długo ale dlaczego sobie nie ulać? I tak już mało kto tu zagląda.
Ktoś napisał w komentarzu kiedyś, że widzimy jak mija czas dopiero jak już minie. Właśnie dotarło do mnie jakie to prawdziwe. Jak kompletnie inne życie prowadzę teraz w porównaniu do tego co było rok temu, trzy lata temu etc. A z drugiej strony widzę jak baaaardzo powoli zmieniam się ja w środku. Prawie wcale. Identyfikuję się niemal całkowicie z tym dziewczęciem które pisało pamiętnik w liceum, albo tym które zakładało tego bloga. Czasem nawet czuję się głupsza od niego. A już na pewno mniej kreatywna i twórcza, mniej ciekawa, mniej poznająca, niestety. Duży na to wpływ ma bycie w stałym w miarę spokojnym związku, mieszkanie poza domem rodzinnym oraz wymagające masy czasu i uwagi studia. Tych trzech rzeczy nie oddałabym za żadne skarby. A jednak spowodowały że wpadłam w jakiś marazm, żyjąc jak cień osoby, a raczej jak osoba bez osobowości, z dnia na dzień. Co zrobić w tej sytuacji? Jedyne wyjście to zwielokrotnić wysiłki i znaleźć sposób, by w tych okolicznościach wypełnić swoje życie tym dreszczem emocji, pasją, świeżym powiewem. Od jakiegoś czasu zaczyna mi się to udawać, ale to bardzo ciężka praca. Przede wszystkim związana z zarządzaniem czasem i własną uwagą.
To napisawszy wracam do nauki o martwicach, zwyrodnieniach i reszty patomorfologii. Oby to coś dało. A z wyglądem bloga mam nadzieję będzie się dało wiele zrobić, bo paskudnego szablonu nie zniese.

Otagowane:  

Przemyślenia warszawskie 1

Dodano 1 czerwca 2011, w Bez kategorii, przez autor

Już dawno miałam napisać tę notkę, ale nie miałam weny.

Jakiś czas temu w Warszawie gościł prezydent USA, Barack Obama. Z tego powodu przez dwa dni w stolicy było dużo zamieszania, jak to zwykle przy takich okazjach bywa. Zaskoczyła mnie zupełnie postawa znajomych i mniej znajomych Warszawiaków…
Otóż wszyscy narzekali, robili sceny, jęki kwęki i dramaty, jak to tragicznie jeździ się po Warszawie przez te straszliwe dwa dni. Jaki to potworny problem, że jakiś autobus ma objazd i jedzie pół godziny dłużej! Że na dwie straszliwe godziny zamknięto jakąś ulicę. I że – o zgrozo – przez kilka godzin nad miastem latały helikoptery, robiąc przerażający hałas! Co robić jak żyć? O Bogowie, niech ten koszmar się już skończy, ach, dlaczego my, dlaczego nasze nieszczęsne miasto? ;)

A tak poważnie. Jestem zachwycona Warszawą i tym jak doskonale w takich sytuacjach miasto to radzi sobie z organizacją. Autobusy JEŻDŻĄ. Może i z objazdami, ale idąc na przystanek człowiek wie, że autobus przyjedzie i pojedzie mniej więcej tam gdzie powinien.
W internecie działa stale aktualizowana strona z informacjami gdzie i jaka ulica jest zamknięta, czy zrobił się korek, kiedy może być otwarta.

W dzień wizyty Obamy miałam ważną sprawę do załatwienia w odległej części miasta. Już kilka dni wcześniej mogłam w internecie sprawdzić jak tego dnia będą tam jechały autobusy, jakimi objazdami, w jakich godzinach. Spałam więc spokojnie wiedząc jak mam zaplanować wyprawę.

Jak już nieraz pisałam, w Krakowie mieszkam przy ulicy łączącej miasto z lotniskiem. Zawsze więc ponoszę konsekwencje wizyty jakiejś szychy w moim pięknym mieście. Odwiedziny policjantów, zamykanie ulicy, zakaz wychodzenia z domu często takim wizytom towarzyszą.
Nie zapomnę stresu, jaki przeżyłam gdy koło mojego domu miał przejeżdżać George W. Bush. Wybierałam się właśnie na egzamin FCE kiedy policjant stojący przed furtką powiedział, że mnie nie wypuści. Czekałam w mękach aż Bush przejedzie, trwało to całą wieczność, ale na egzamin zdążyłam. Oczywiście biegłam na niego przez pół miasta, bo ruch tramwajów był wstrzymany :)

Do czego zmierzam – środki bezpieczeństwa są konieczne przy wizytach VIPów w miastach takich jak Kraków czy Warszawa. Także dla bezpieczeństwa mieszkańców. Nie wiem po co robić z tego dramat osobisty, zamiast cieszyć się że mieszka się w stolicy, której urok między innymi na tym polega, że zjawiają się tu ważne persony. Chciałabym żeby w Krakowie podczas tego typu wydarzeń komunikacja była tak sprawna jak w Warszawie, niestety chyba ze względu na plan miasta nie jest to możliwe. Ale Warszawiacy chyba już tak są zaprogramowani, by na zarządzanie swoim miastem zawsze narzekać :)
Rzekłam.

A ja ponarzekam na serwis blog.pl – co to ma być, zdjęć się nie da dodać, jak już się uda to później znikają, edytor beznadziejny, jakieś reklamy na górze, wszystko jakieś nieprzyjazne!
Rzekłam.

Otagowane:  

.

Dodano 6 maja 2011, w Bez kategorii, przez autor

Witam po krótkiej przerwie :)

Tak sobie czytam i czytam stare notki na tym blogu i choć widzę jak
bardzo się zmieniłam, to jednak nie czuję tego zażenowania jakie odczuwa
się często przy czytaniu starych pamiętników… Nic nie zamierzam
kasować, niczego się wypierać.

Nie zdawałam sobie sprawy jak niezwykłego mam kota. Giuseppe został sam
na kilka dni w mieszkaniu. Dostał na ten czas dwie identyczne miski
identycznej suchej karmy. Po powrocie zauważyłam, że wyjadł do czysta
jedną miskę i dopiero zaczął jeść z drugiej. Mało tego. Zostawiłam mu
też dwie kuwety. Gdy zaczęłam sprzątać pierwszą zobaczyłam w niej same
kupki, żadnego siusiu. Już z przerażeniem wyobraziłam sobie, że pod moją
nieobecność Giuseppe sikał w jakieś przez siebie wybrane miejsce, np.
na fotel albo do skrzyni z drewnem. Tymczasem w drugiej kuwecie odkryłam
same siusiu, żadnej kupki. Pedanteria? Nerwica natręctw? Niezwykły ten
mój Giuseppe i na pewno nie jest zachwycony postępowaniem Tytusa, który
załatwia się do tej kuwety do której ma akurat bliżej i je z dowolnej
miski.

Na szczęście wystarczy że pancia włączy kaloryferek i od razu panuje zgoda:

Gdzie byłam gdy Giuseppe został sam? Z Tytusem pojechałam do Kazimierza
Dolnego. Ciekawe miasteczko, pełne galerii. Nawet kupiłam jeden obraz.
Zwiedzając wstąpiłam do kościoła farnego, a tam oczom mym ukazał się przepiękny żyrandol z
ogromną głową jelenia, ze wspaniałym porożem. Chcę taki w domu.

I jeszcze jedno zdjęcie – rozpadające się rybackie łódki nad Wisłą:

Otagowane:  

Powrót do bloga

Dodano 27 czerwca 2010, w Bez kategorii, przez autor

Jedynie nowy, piękny, flaficki lecz epicki szablon jest w stanie znów wzbudzić we mnie wenę do pisania. Trwają poszukiwania inspiracji.

Otagowane:  

  • RSS