Dear Monday…

Dodano 19 Luty 2012, w Bez kategorii, przez keirzontko

Nie wiem skąd mi się uroiło, że mam dwa tygodnie ferii międzysemestralnych. Już tyle lat studiuję i wydawało mi się, że zawsze to były dwa tygodnie…
Nie wiem, nie kumam nic z tego, zarobiona jestem, ale jednak, tak czy owak dowiedziałam się w sobotę, że w poniedziałek na zajęcia.
Byłam pewna, że zdążę i wypocząć i się pouczyć do poprawek, tymczasem ani jednego ani drugiego nie zdążyłam. W poniedziałek zajęcia cały dzień, ciężkie, a później plan zajęć ani trochę lżejszy. Nie mogę na ten plan zajęć patrzeć, a co dopiero na zajęcia iść, nie mogę patrzeć na notatki z rozrodu, rzygać mi się chce jak próbuję je czytać, mam dość tych studiów, jestem przemęczona, mam dość patrzenia na prowadzących, w dodatku cały ten semestr będzie o koniach, a to już mnie w ogóle nie interesuje, mam gdzieś konie, mam gdzieś całą tę weterynarię, po studiach jak nie zejdę z nerwów i je skończę, to pójdę pracować w urzędzie, mam dość tego że powinnam umieć a nie umiem, że to czwarty rok a ja jeszcze nie wiem, nie umiem, a powinnam, że to że tamto że sramto, że bez przerwy coś powinnam umieć na wczoraj, że wszyscy prowadzący mają nas w dupie, że uważają że jesteśmy tępi i nic nie umiemy, że nic nie pamiętam z cholernej farmakologii nawet durnych nazw leków, nie obchodzi mnie synchronizacja rui krowy, nienawidzę rozrodu, nienawidzę w sumie wszystkich możliwych przedmiotów, jakkolwiek na pierwszym semestrze jeszcze było coś ciekawego to teraz tylko te cholerne konie, nic do nich nie mam, niech se brykają na padoku, ale nie chcę nic o nich wiedzieć, mam gdzieś ich kolki i porody a już nade wszystko mam gdzieś ich ruję, jedyny przedmiot który choć trochę ciekawie brzmi to weterynaria sądowa, ale pewnie i tak okaże się że to gniot, prędzej czy później to wszystko okazuje się nieznośnym gniotem, który trzeba zakuwać a potem ja i tak nic z tego nie pamiętam, a i jeszcze rzeźnie, przez cały semestr wyjazdy do cholernych rzeźni, a to są złe miejsca, gorsze niż ktokolwiek sobie wyobraża i raz w życiu wystarczyłby mi naprawdę by zapamiętać jak to wygląda, ale nie, teraz będę tam co tydzień, tłuc się samochodem do jakichś zapadłych wioch, żeby tam być i pewnie znowu będzie użeranie się z tym jeżdżeniem, bo nie będzie miejsc w samochodach i w ogóle, a w ogóle to ciekawe kiedy ja się teraz nauczę na te wszystkie poprawki w które się wpakowałam jak mam codziennie albo zajęcia z koni cały dzień, albo urocze wycieczki do rzeźni albo inne atrakcje, mam dość, mam totalny przesyt, jestem przemęczona, cztery lata studiowania tego i mam totalny kryzys, marzę o dziekance, po prostu marzę o tym żeby wziąć urlop i przez długie miesiące nie widzieć na oczy tych wszystkich prowadzących, ale nie mogę, no nie mogę i już, więc będę się kisić i kisić w tym aż przemęczę te cholerne egzaminy, mój mózg będzie się rozpływał i bulgotał ale w końcu się może uda i co z tego, jak pewnie wszystko zapomnę bo to wyprę jako coś przykrego, tak działa psyche że wypiera jak to choć trochę nie interesuje, choć trochę nie cieszy, mam ochotę wszystkim pieprznąć ale nie mogę, no kryzys, kryzys, byle do wakacji, które spędzę – no gdzie, gdzie – pewnie na jakichś praktykach żeby cokolwiek po tych studiach kumać z tej roboty, bo na razie tłukę tę wiedzę cztery lata i się męczę, traktuję to jak sport, wyzwanie, albo krzyż do niesienia, byle przetrwać, a gdzie pasja, gdzie ciekawość, gdzie satysfakcja, gdzie ambicje, były ale gdzieś się rozmyły, gdzie misja pomagania zwierzątkom to już zupełnie nie wiem, nie pamiętam co to jest, nauka mi idzie źle, opornie mimo że przecież zdolna jestem, a może byłam, ale jak nie ma tej pasji i do notatek się z obrzydzeniem podchodzi to jak ma iść dobrze, wszystko się da wkuć, pewnie, dajcie mi limit czasu i materiał i ja wykuję tylko pytanie czy o to chodzi, bo chyba jednak nie, ale co tam, idę kuć cholerny rozród, cholerne hormony, ruje sruje i pewnie zakaźnych też nie zdałam, więc to też a no i jeszcze kleszcze i farmakologię małych zwierząt o której w ogóle nie chcę myśleć najchętniej zamknęłabym oczy i obudziła się w świecie w którym jej nie ma, co za piękny świat, a w ogóle to za kilka godzin zajęcia, z chorób zakaźnych oczywiście koni, a potem już tylko gorzej więc kończę te smęty i spróbuję usiąść, patrzeć na zegarek i delektować się każdą sekundą ferii.

Otagowane:  

Przeuczenie

Dodano 13 Luty 2012, w Bez kategorii, przez keirzontko

Jeśli uczę się cały dzień (no dobra, większość czasu przez osmozę, ale jednak) to wieczorem mój mózg zaczyna zupełnie odmawiać współpracy. I na przykład kiedy Ch. kichnie, mówię mu „Na głowie!”. Lub też zbierając się powoli do mycia pytam go: „Zaparzysz mi śledzionę przed snem?”. Na szczęście wie, że chodzi mi o melisę, w przeciwnym razie mogłoby to się źle skończyć…

Otagowane:  

Poimbolcowo

Dodano 12 Luty 2012, w Bez kategorii, przez keirzontko

Straszne słowo z tego wyszło :D

W lesie czuć że już po Imbolc, niebo jakieś bardziej niebieskie, słońce ostre, ptaki jakby głośniejsze…

Spotkałam sójkę, siedziała na drzewie na wysokości wzroku i w ogóle nie uciekała. Podeszłam naprawdę blisko, prawie mogłabym jej dotknąć, a ona nie uciekała, tylko obserwowała mnie czujnie. Może chora?

Choruje mi kot, Tytus, staruszek już czternastoletni. Prócz czającego się z boku jakiegoś mięsaka i niewydolnych nerek nabawił się kataru. Leczenie wymaga między innymi kroplówek, a Tytus strasznie je przeżywa, zachowuje się jakby czuł potworny ból. Mimo że to sól fizjologiczna podskórnie, żadne cuda, nie powinno nic boleć. Nie wiem czy ma jakąś przeczulicę, czy histeryzuje, ale serce mi się kraje kiedy mam mu to podawać. Staruszek dość się już w życiu nacierpiał, żeby go jeszcze własna pancia miała tak dręczyć. Na szczęście wybacza mi.

Otagowane:  

.

Dodano 8 Luty 2012, w Bez kategorii, przez keirzontko

No i jak widać decyzja o zmianie bloga na wordpressowego nie była dobra. Chimek pocieszał mnie że zrobi mi fajny szablon w tym wordpressie, dopóki nie odkryliśmy, że nie da się nic modyfikować, robić własnych szablonów ani wklejać gotowych z sieci. Użytkowniku, masz tu garść brzydkich szablonów, wybierz sobie któryś i raduj się, bo zobacz jak masz super.
Pojawiła się pokusa wyniesienia się na innego bloga, ale po namyśle uznałam, że jednak ten stary adres, treść i wszystko jest ważniejsze dla mnie niż wygląd bloga. Póki co dodałam obrazek na górze, bo tyle się da.

Widziałam dziś ogromną sowę w lesie, sądzę że mógł to być puchacz. Leciała cicho jak duch, jak jakaś nierealna zjawa. W środku dnia, może coś ją spłoszyło.

Tracę kilka godzin dziennie na prokrastynowanie nauki. Polega to na tym, że siedzę obłożona notatkami, na kompie mam pootwierane dokumenty z nauką i robię wszystko byle tylko tego nie czytać. Ale z drugiej strony wyrzuty sumienia nie pozwalają mi zająć się czymś pożytecznym jak sprzątanie chociażby. Więc nie wynika z tego nic. Co najlepsze jest takie spędzanie czasu bardzo męczące, po kilku godzinach mam dość i zasypiam.

A teraz spróbuję w ramach eksperymentu dodać obrazek:

Ciekawe co trzeba zrobić, żeby nie wyświetlała się beznadziejna reklama na górze, pewnie zapłacić tysiąc dwieście osiemdziesiąt cztery złote rocznie.

Otagowane:  

Czyżby w końcu reaktywacja bloga?

Dodano 6 Luty 2012, w Bez kategorii, przez keirzontko

Blog.pl kusi zmianami w wyglądzie, szablonie, podobno będzie się dało łatwo dodawać zdjęcia. Chyba ulegnę pokusie i zaryzykuję. Mam nadzieję że będzie się dało jakoś spersonalizować szablon.
Mam ostatnio potrzebę prowadzenia blożka, pewnie znów nie potrwa to długo ale dlaczego sobie nie ulać? I tak już mało kto tu zagląda.
Ktoś napisał w komentarzu kiedyś, że widzimy jak mija czas dopiero jak już minie. Właśnie dotarło do mnie jakie to prawdziwe. Jak kompletnie inne życie prowadzę teraz w porównaniu do tego co było rok temu, trzy lata temu etc. A z drugiej strony widzę jak baaaardzo powoli zmieniam się ja w środku. Prawie wcale. Identyfikuję się niemal całkowicie z tym dziewczęciem które pisało pamiętnik w liceum, albo tym które zakładało tego bloga. Czasem nawet czuję się głupsza od niego. A już na pewno mniej kreatywna i twórcza, mniej ciekawa, mniej poznająca, niestety. Duży na to wpływ ma bycie w stałym w miarę spokojnym związku, mieszkanie poza domem rodzinnym oraz wymagające masy czasu i uwagi studia. Tych trzech rzeczy nie oddałabym za żadne skarby. A jednak spowodowały że wpadłam w jakiś marazm, żyjąc jak cień osoby, a raczej jak osoba bez osobowości, z dnia na dzień. Co zrobić w tej sytuacji? Jedyne wyjście to zwielokrotnić wysiłki i znaleźć sposób, by w tych okolicznościach wypełnić swoje życie tym dreszczem emocji, pasją, świeżym powiewem. Od jakiegoś czasu zaczyna mi się to udawać, ale to bardzo ciężka praca. Przede wszystkim związana z zarządzaniem czasem i własną uwagą.
To napisawszy wracam do nauki o martwicach, zwyrodnieniach i reszty patomorfologii. Oby to coś dało. A z wyglądem bloga mam nadzieję będzie się dało wiele zrobić, bo paskudnego szablonu nie zniese.

Otagowane:  

Przemyślenia warszawskie 1

Dodano 1 Czerwiec 2011, w Bez kategorii, przez keirzontko

Już dawno miałam napisać tę notkę, ale nie miałam weny.

Jakiś czas temu w Warszawie gościł prezydent USA, Barack Obama. Z tego powodu przez dwa dni w stolicy było dużo zamieszania, jak to zwykle przy takich okazjach bywa. Zaskoczyła mnie zupełnie postawa znajomych i mniej znajomych Warszawiaków…
Otóż wszyscy narzekali, robili sceny, jęki kwęki i dramaty, jak to tragicznie jeździ się po Warszawie przez te straszliwe dwa dni. Jaki to potworny problem, że jakiś autobus ma objazd i jedzie pół godziny dłużej! Że na dwie straszliwe godziny zamknięto jakąś ulicę. I że – o zgrozo – przez kilka godzin nad miastem latały helikoptery, robiąc przerażający hałas! Co robić jak żyć? O Bogowie, niech ten koszmar się już skończy, ach, dlaczego my, dlaczego nasze nieszczęsne miasto? ;)

A tak poważnie. Jestem zachwycona Warszawą i tym jak doskonale w takich sytuacjach miasto to radzi sobie z organizacją. Autobusy JEŻDŻĄ. Może i z objazdami, ale idąc na przystanek człowiek wie, że autobus przyjedzie i pojedzie mniej więcej tam gdzie powinien.
W internecie działa stale aktualizowana strona z informacjami gdzie i jaka ulica jest zamknięta, czy zrobił się korek, kiedy może być otwarta.

W dzień wizyty Obamy miałam ważną sprawę do załatwienia w odległej części miasta. Już kilka dni wcześniej mogłam w internecie sprawdzić jak tego dnia będą tam jechały autobusy, jakimi objazdami, w jakich godzinach. Spałam więc spokojnie wiedząc jak mam zaplanować wyprawę.

Jak już nieraz pisałam, w Krakowie mieszkam przy ulicy łączącej miasto z lotniskiem. Zawsze więc ponoszę konsekwencje wizyty jakiejś szychy w moim pięknym mieście. Odwiedziny policjantów, zamykanie ulicy, zakaz wychodzenia z domu często takim wizytom towarzyszą.
Nie zapomnę stresu, jaki przeżyłam gdy koło mojego domu miał przejeżdżać George W. Bush. Wybierałam się właśnie na egzamin FCE kiedy policjant stojący przed furtką powiedział, że mnie nie wypuści. Czekałam w mękach aż Bush przejedzie, trwało to całą wieczność, ale na egzamin zdążyłam. Oczywiście biegłam na niego przez pół miasta, bo ruch tramwajów był wstrzymany :)

Do czego zmierzam – środki bezpieczeństwa są konieczne przy wizytach VIPów w miastach takich jak Kraków czy Warszawa. Także dla bezpieczeństwa mieszkańców. Nie wiem po co robić z tego dramat osobisty, zamiast cieszyć się że mieszka się w stolicy, której urok między innymi na tym polega, że zjawiają się tu ważne persony. Chciałabym żeby w Krakowie podczas tego typu wydarzeń komunikacja była tak sprawna jak w Warszawie, niestety chyba ze względu na plan miasta nie jest to możliwe. Ale Warszawiacy chyba już tak są zaprogramowani, by na zarządzanie swoim miastem zawsze narzekać :)
Rzekłam.

A ja ponarzekam na serwis blog.pl – co to ma być, zdjęć się nie da dodać, jak już się uda to później znikają, edytor beznadziejny, jakieś reklamy na górze, wszystko jakieś nieprzyjazne!
Rzekłam.

Otagowane:  

.

Dodano 6 Maj 2011, w Bez kategorii, przez keirzontko

Witam po krótkiej przerwie :)

Tak sobie czytam i czytam stare notki na tym blogu i choć widzę jak
bardzo się zmieniłam, to jednak nie czuję tego zażenowania jakie odczuwa
się często przy czytaniu starych pamiętników… Nic nie zamierzam
kasować, niczego się wypierać.

Nie zdawałam sobie sprawy jak niezwykłego mam kota. Giuseppe został sam
na kilka dni w mieszkaniu. Dostał na ten czas dwie identyczne miski
identycznej suchej karmy. Po powrocie zauważyłam, że wyjadł do czysta
jedną miskę i dopiero zaczął jeść z drugiej. Mało tego. Zostawiłam mu
też dwie kuwety. Gdy zaczęłam sprzątać pierwszą zobaczyłam w niej same
kupki, żadnego siusiu. Już z przerażeniem wyobraziłam sobie, że pod moją
nieobecność Giuseppe sikał w jakieś przez siebie wybrane miejsce, np.
na fotel albo do skrzyni z drewnem. Tymczasem w drugiej kuwecie odkryłam
same siusiu, żadnej kupki. Pedanteria? Nerwica natręctw? Niezwykły ten
mój Giuseppe i na pewno nie jest zachwycony postępowaniem Tytusa, który
załatwia się do tej kuwety do której ma akurat bliżej i je z dowolnej
miski.

Na szczęście wystarczy że pancia włączy kaloryferek i od razu panuje zgoda:

Gdzie byłam gdy Giuseppe został sam? Z Tytusem pojechałam do Kazimierza
Dolnego. Ciekawe miasteczko, pełne galerii. Nawet kupiłam jeden obraz.
Zwiedzając wstąpiłam do kościoła farnego, a tam oczom mym ukazał się przepiękny żyrandol z
ogromną głową jelenia, ze wspaniałym porożem. Chcę taki w domu.

I jeszcze jedno zdjęcie – rozpadające się rybackie łódki nad Wisłą:

Otagowane:  

Powrót do bloga

Dodano 27 Czerwiec 2010, w Bez kategorii, przez keirzontko

Jedynie nowy, piękny, flaficki lecz epicki szablon jest w stanie znów wzbudzić we mnie wenę do pisania. Trwają poszukiwania inspiracji.

Otagowane:  

Dodano 13 Grudzień 2009, w Bez kategorii, przez keirzontko

Wymyśliłam rewelacyjny sposób na biznes – jeżeli ktoś go ode mnie ściągnie do dorwę drania na końcu świata i spuszczę łomot.
Otóż, zakładam stronę internetową, na której za jedyne 1 zł – płatne dla ułatwienia smsem – będzie można obstawić liczby w LOTTO. Jeden zakład LOTTO w kolekturze kosztuje aż 3 zł, u mnie jedynie złotówkę! Ja zaś ze swojej strony gwarantuję, że jeżeli czyjeś liczby wygrają, wyślę tej osobie kupon żeby mogła sobie odebrać nagrodę. Genialne, prawda?
I jeszcze raz ostrzegam – to jest MÓJ pomysł i jeśli ktoś nie miał na tyle geniuszu by sam na niego wpaść, to oznacza że nie jest godzien zarobić tych milionów, które na mnie czekają. Tak już jest, nie wszystkim Natura po równo dała i trzeba się z tym pogodzić.

Otagowane:  

.

Dodano 5 Październik 2009, w Bez kategorii, przez keirzontko

Pierwszy raz przeczytałam „Białą Boginię” kilka lat temu, po roku oczekiwania na nią w Bibliotece Jagiellońskiej. A potem usiłowałam kupić, ale że była może nie białym, ale na pewno lekko posiwiałym krukiem to osiągała spore ceny i zawsze miałam inne wydatki. A wczoraj kupiłam to nowe wydanie, za śmieszną sumę, na allegro.
No i dziś spotkałam się z miłą panią, by odebrać od niej książkę osobiście. Powiedziałam, że jestem zaskoczona taką okazyjną ceną. A ona na to, że kupiła tę książkę niedawno w księgarni za 80 zł, ale nie mogła przebrnąć, więc postanowiła „puścić w świat… Nie ma co książek w domu dusić, niech idą w świat, do ludzi”.
I zrobiło mi się trochę głupio, bo ja książki w domu kiszę, duszę, upycham na półkach choć już ledwie wytrzymują, układam tematycznie, kolorystycznie i napawam się widokiem, wącham, macam, podpisuję się na pierwszej stronie długopisem, by NA ZAWSZE były MOJE!
Chore jest też to, że istnieje dla mnie fetysz okładki, wydania. Pewnie gdybym miała możliwość kupienia starego wydania „Białej Bogini”, które było bardziej klimatyczne, kupiłabym, a to sprzedała (albo i nie?). Zamierzam też kiedyś kupić te wszystkie książki które mam w formie elektronicznej lub wydrukowane z komputera. Co z tego że już znam ich treść, skoro nie mogę patrzeć na ich grzbiety na półce?
Zdecydowanie zdrowe podejście to to nie jest.

Otagowane: